Relacja nauczyciela-opiekuna

Napisałem sprawozdanie z mojego pobytu na Erasmusie. No właśnie – sprawozdanie, a skoro tak, to wyszedł koszmarek. Na szczęście przeczytałem go jeszcze przed wydrukowaniem, więc nie musiałem używać fizycznego kosza, wystarczyło nacisnąć klawisz delete – co było i szybsze, i bardziej ekologicznie. Bo co zawierał taki raporcik? – Fakty. Tylko fakty: kiedy przyjechałem, co widziałem i właściwie tyle. Veni, vidi. Bez vici cała relacja traci sens. A przecież: „takie chwile jak te nie zdarzają się zbyt często, takie chwile jak te to nasze zwycięstwo”. Jakie chwile i jakie zwycięstwo? Zwycięstwo nad rutyną, nad banałem i nad codziennością. Nie chodzi przecież o to, że wyjechaliśmy do małego miasteczka w Niemczech, chodzi o to, jaką udało się nam tam zbudować atmosferę. I tu zaczynają się schody, bo żeby ją opisać, trzeba by być poetą, a nie krytykiem literackim, a już tym bardziej jakimś, z Bożej łaski – polonistą, ale próbować można…


Jakoś tak jadąc wiedziałem, że jedziemy do Lipska, więc na miejscu trochę się zdziwiłem… i przez, nieco zmęczoną ośmiogodzinną jazdą autobusem, głowę przemknęła mi myśl o Kornelu Filipowiczu, czyli autorze książki „Moja ukochana prowincja”. Schkeuditz nie był jeszcze ani moją, ani ukochaną… ale przywitał nas kawą, kolacją, pewną rześkością wieczornego powietrza i gościnnym „hello!” gospodarzy. Jeszcze przed zaspokojeniem głodu, zaspokoiliśmy naszą ciekawość: materace były wygodne. Mimo to rano nie wszyscy byli wyspani. Okazało się, że integracja nie mogła czekać do rana. Rozmawialiśmy ze Słowakami, rozmawialiśmy z Czechami, byli u nas Portugalczycy – tak nam, nauczycielom, opowiadali później, mimochodem, uczniowie. Dwa tygodnie w międzynarodowym tyglu. Młodzież była wciąż przemieszana, rozgadana, rozentuzjazmowana, zajęta Bóg wie czym… w kawiarni, na bilardzie, w Maku, w sklepie. Nie mówiąc już o pracy, o praktykach, w końcu po to tu przyjechali, tak w każdym razie myślałem, ale teraz już wiem, że się myliłem, bo chyba przyjechali chyba bardziej po to, żeby się spotkać. Nie tylko z sobą, ale przede wszystkim z inną kulturą, z innym miejscem, z innymi ludźmi.


Nie tylko oni zresztą – opiekunowie również. Trzeba było pogadać i o tym kto skąd, i o tym jak gdzie: się pracuje, się odpoczywa, się jest… i jak się podoba w Lipsku, i jak smakowały rogaliki do porannej kawy. A przy pewnej dłuższej pogawędce przy pysznym lipskim serniku… zapędziliśmy się nawet w rejony wielkiej historii i wielkiej polityki. Spojrzenia na nie z kilku narodowościowych perspektyw równocześnie było dla nas trochę zdumiewające i trochę pouczające. A więc tak to widzicie, a więc tak to widzimy, wobec tego: Could I get another coffee? A latte is fine. W końcu trzeba było wracać, ale przecież nie każda dyskusja musi być skończona, a poza tym po co jest wieczór… Za to rano można było wspólnie… pobiegać po okolicy… What a beautiful view! Łąka, las, rzeka, mnóstwo ścieżek, stadnina koni. Ot, taka niemal wiejska okolica, brzmi banalnie. Cóż, Goethe już swoje napisał, więc jesteśmy zdani na banał, ale i on może być uroczy, a nawet słodki. Tak się dzieje np. wtedy, gdy jemy pyszne lody o smaku kasztanowym lub miętowym, a z góry spogląda na nas Marcin Luter, pytając: cześć ziomale z Cieszyna – jak się macie? Wystarczy usiąść na ławeczce przy kościele Frauenkirche na placu Neumarkt. Ale zanim poczuliśmy tę drezdeńską miętę, już kilka dni wcześniej pospacerowaliśmy po Leipzig, bo wiadomo, że trzeba „zacząć od Bacha”, a i wypada ukłonić się
przed księciem poetów, być może nie tylko niemieckich.


Dwa tygodnie zleciały za szybko. Tak się dzieje zawsze, gdy zdarzają się „takie chwile jak te”, ale zawsze, kiedy przypomni o sobie nużąca codzienność, można do nich wrócić pamięcią i uśmiechnąć się do losu. Zwłaszcza, że „fotograf zawsze idzie na końcu”, a ze zdjęć macha nam Jimmy.

Janusz Pawlak